Wyprawa do Norwegii z Austrian Wolf

autor: Udo Ernst

Dojazd
W drogę na północ wyruszyliśmy 27 listopada. Przez dwa i pół dnia jechaliśmy autobusem z doczepioną przyczepą kampingową. My to Peter, Eva i ja (Udo) oraz naturalnie nasze malamuty: Chella, Aditi, Appanachi, Bonnie, Commanchero i Socke jak również nasza Coani. Nasz kolega Max ze swoimi malamutami wyruszył w drogę trochę wcześniej. Do Petera należała najcięższa praca, pokonanie 2.400 kilometrów do naszego celu Ljördalen. Pierwszego dnia wytrzymaliśmy mniej więcej do godziny 01:00 w międzyczasie karmiąc psy, i około 02:00 leżeliśmy w śpiworach. Rano szybkie śniadanie i znowu byliśmy w podróży. Z Kassel droga wiodła przez Hamburg i dalej do Danii, gdzie pojawiły się mosty, które przeniosły nas z duńskiego lądu na wyspy i dalej do Szwecji. Z tych mostów nie mogliśmy jednak wiele zobaczyć, bo zapadł już zmrok. Reszta naszego zespołu, czyli Max i pozostałe psy, w międzyczasie meldowali się kilka razy już z Norwegii. Wieczorem dotarli do celu, a po drodze widzieli już śnieg. Kiedy my tej nocy kładliśmy się spać, było co prawda bardzo zimno, ale ani śladu śniegu. Następnego dnia rano po nakarmieniu psów pozwoliliśmy sobie na śniadanie w stacji przekaźnikowej, w pobliżu której nocowaliśmy. O 10:00 byliśmy znów w drodze, bowiem tego dnia mieliśmy w planie dojechać jak najdalej na północ Szwecji i dopiero na krótko przed dojazdem do celu przekroczyć granicę Norwegii. Przed nami wciąż była daleka droga i na dodatek ciemność, kiedy na zwężającej się drodze w końcu napotkaliśmy na pierwszy śnieg. Od tej chwili nasza podróż była wyraźnie wolniejsza. Przy przekraczaniu granicy z Norwegią w Ösby, towarzyszyła nam gołoledź i wznosząca się droga. Jednak poza tabliczką graniczną jak okiem sięgnąć nie można było zauważyć nic co przypominałoby granicę.

Wreszcie po dwóch godzinach ślimaczej jazdy w Norwegii, dotarliśmy do celu. Max powitał nas w drzwiach przytulnej chaty. Zanim jednak w niej spoczęliśmy, urządziliśmy jeszcze stake-out i naturalnie nakarmiliśmy nasze malamuty.

Trening saneczkowy 
Rankiem zaprzęg Petera był już przygotowany. Jazda po świeżym śniegu, który spadł w ostatnich dniach była z początku trochę uciążliwa dodatkowo z teamu wypadł Jukon, przez co zespół był nieco osłabiony. Byliśmy zmuszeni pozmieniać pozycje malamutów w celu osiągnięcia optymalnej wydajności. I tak ruszyliśmy doliną Tanga w górę w kierunku szwedzkiej granicy, dalej wzdłuż niej i zataczając pętlę dalej z powrotem. Podczas tej przejażdzki Peter za towarzyszy miał jedynie samotność norweskiego krajobrazu, prawie bezszelestne sanie i uradowane malamuty. Pokonywał tę pętlę zwykle z prędkością 10km/h przy temperaturach pomiędzy – 5° C i -20° C. Kiedy wracał jego włosy pokryte były warstwą lodu i wyglądał jak Św. Mikołaj. Tak trenował przez dwa dni z rzędu, a następnie pozwalał psom na jeden dzień odpoczynku. Podczas tych dni odpoczynku Peter i jego malamuty odbywali spacery na piechotę, na spokojnie trenując komendy zaprzęgowe: Haw, Gee, Go on!.

W Norwegii o tej porze roku panowały specyficzne warunki świetlne. Około godziny 09:00 robiło się powoli jasno i było tak mniej więcej do godz. 15:00 w zależności od opadów śniegu. Należało więc te godziny intensywnie wykorzystać.

Wędrówki 
Ljördalen to nie tylko wspaniałym miejscem do przejażdżek z psami. Wierzchołki gór wystające ponad górną granicę lasu zachęcają swym urokiem do wędrówek. Podczas gdy Peter jeździł saniami ze swymi malamutami, my wykorzystywaliśmy czas aby zwiedzić okolicę. Wyruszaliśmy więc z naszymi psami na wycieczki w głąb lasów, wszelkimi możliwymi drogami, idąc śladami łosi, co oczywiście budziło szczególny zapał naszych malamutów. Przeszliśmy las wzdłuż i wszerz drogami utworzonymi przez naturę otoczonymi strumieniami wody. W trakcie jednej z wędrówek Coani przecierała szlak przez głęboki śnieg i nagle znieruchomiała. Znajdowaliśmy się na jednym z niezliczonych prowizorycznych drewnianych mostów, które służą do pokonywania strumieni podczas prac leśnych. Podniecona odgarnęła nosem śnieg na bok. Gdy spojrzeliśmy w dół, okazało się, że w moście brakowało kilku desek, a 30-centymtrowa warstwa śniegu przykryła to miejsce. Gdybym poszedł pierwszy, z pewnością po chwili stałbym metr niżej w wodzie. Kolejny raz mogłem podziwiać nieomylny węch Coani.

Wyprawy z rakietami śnieżnymi 
Gdy chcieliśmy udać się wyżej, gdzie warstwa śniegu na zboczach gór była zbyt głęboka, musieliśmy skorzystać już z pomocy rakiet śnieżnych. Razem z Maxem chcieliśmy dostać się na szczyt zwany Fjäll. Dwa dni przed naszym pierwszym natarciem na szczyt, Max przetarł szlak do małej chatki leżącej poniżej uskoku szczytowego. Szliśmy najpierw tym szlakiem, jednak okazało się, że świeży śnieg i wiatr zatarły ślady. W bezpośrednim pobliżu chatki droga skręcała w prawo w kierunku płaskowyżu szczytowego. Na szczęście trasa była zapisana w GPS’ie i dzięki temu mogliśmy mniej więcej trzymać się drogi. Po pokonaniu zbocza Storgnollen pokrywa chmur coraz bardziej się zagęszczała. Na krótko przed dotarciem do szczytu widoczność stawała się coraz gorsza i na koniec stała się niemal zerowa. W zamieci śnieżnej nie byliśmy widoczni ani my ani my ani punkty orientacyjne. Szliśmy w kierunku piramidy szczytu kierowani przez GPS. Po kilku zmianach kierunku znaleźliśmy piramidę kamieni i zrobiliśmy w końcu przerwę, na którą zasłużyliśmy. Mieliśmy do wyboru powrót po naszych śladach lub zejście dalej na północ – zdecydowaliśmy się na północne zejście. Widoczność zerowa oraz zimny wiatr z przodu sprawiały, że posuwanie się do przodu nie było zbyt przyjemne. Max szedł z Bilbo z przodu, ja wskazywałem im ogólny kierunek na północ wciąż wzdłuż granicy. Dwadzieścia minut później spojrzałem na GPS i zawołałem Maxa aby się zatrzymał; zatoczyliśmy duże koło w lewo i wkrótce natrafilibyśmy na własne ślady. Z GPS’em w ręku odnalazłem właściwy kierunek i tak znaleźliśmy zejście do chatki. Jeszcze jedna krótka przerwa i mogliśmy już bezpiecznie schodzić niżej po naszych śladach.

Skijöring 
Sezon jeszcze się nie zaczął i nartostrady nie były przygotowane, ale Max i ja musieliśmy po prostu spróbować. A więc zaprzęgliśmy nasze malamuty i wskoczyliśmy w narty. Z początku trochę ostrożnie, potem jednak udawało się coraz lepiej i powrót do chatki był już całkiem znośny. Szczerze mówiąc nadal potrzebujemy jeszcze dużo treningu.

Życie w chatce i wspomnienia
Poza aktywnymi czynnościami z naszymi malamutami, po zapadnięciu zmroku zostawało jeszcze mnóstwo czasu na rozmowy o tym co wydarzyło się w czasie dnia. Ciągle towarzyszą nam wspomnienia niezapomnianych chwil spędzone razem przy ponczu, zabawach i przytulaniu naszych malamutów.

z pozdrowieniami,
Udo


tłumaczenie Rafał Szczupak
korekta : trustin
film i wszystkie zdjęcia Peter Salzlechner

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Copy Protected by Tech Tips's CopyProtect Wordpress Blogs.