Malamut siły nie lubi

foto Michalina Palarz-Prochal

Autorka ze szczeniakami ze swojej hodowli, bohater artykułu pierwszy z lewej

Pewnego dnia, gdy wydawało mi się, że mam przed sobą jakiś czas odpoczynku od odchowu i wychowu szczeniąt, zadzwonił właściciel jednego z urodzonych u mnie malamutów. Zanim jeszcze powiedział mi w jakiej sprawie telefonuje, wiedziałam już, co mogę usłyszeć. Mniej więcej co tydzień dzwoniłam bowiem do tego domu, dopytując o rozwój pieska, doradzając w miarę możliwości i zachęcając do pracy z nim, najlepiej pod okiem kompetentnej osoby. Niestety, tak się składało, że właściciele ciągle nie mieli na to czasu i chyba trochę przeliczyli się z własnymi możliwościami, gdyż był to ich pierwszy pies w życiu. A problemem, który sygnalizowali mi, było jego zachowanie przy misce, przy kości i przy jakichkolwiek cennych dla siebie zdobyczach. Pies warczał, a ludzie bali się go coraz bardziej. Postanowili zatem – skądinąd chwała im za to, że decyzja była szybka, a piesek miał dopiero 6 miesięcy – przywieźć go do mnie.

Umówiliśmy się na jego przywiezienie do mnie za tydzień. Miałam więc kilka dni na przemyślenie sposobu postępowania. Nastąpiły godziny telefonicznych konsultacji z przyjaciółmi, którzy są na bieżąco z nowoczesnymi metodami szkoleniowymi oraz studiowanie poleconej przez nich lektury. Z moim stadem radziłam sobie bowiem dotąd – nawet skutecznie – ale przede wszystkim intuicyjnie, gdyż charaktery moich psów nie zmuszały mnie do większego wysiłku intelektualnego. Odeszłam od metod szkolenia tradycyjnego, z którymi byłam poważnie związana dawno, dawno temu. Od czasu gdy mam malamuty wiem, ze z nimi na pewno nie tędy droga. Po pierwsze nie zmuszę malamuta, który potrafi uciągnąć np. 4 tony na zawodach pullingu, do czegokolwiek siłą, po drugie miałam okazję zaobserwować, do czego prowadzą nieumiejętnie prowadzone „kolczatkowe” szkolenia psów tej rasy.

Chłopak przyjechał do mnie umówionego dnia. Przyznam, ze jego wygląd mógł budzić respekt. Pierwsze wrażenie: poważny samiec, zajęty wyłącznie własnymi sprawami – eksploracją nowego terenu, obecnymi tu sukami. Na przywoływania właścicieli nie reaguje w ogóle, mnie ani nie przypomina sobie, ani nie jest zainteresowany kontaktem. Spotkanie z matką – mała awanturka, ale chłopak po chwili podchodzi do niej z pełnym szacunkiem. Ludzie pojechali zostawiając mi całe wyposażenie psa i cudną futrzastą istotę o kłopotliwej osobowości.. Spróbowałam zrobić z nim parę kroków na smyczy , lecz gdy szarpnął zrobiło trochę mi się niemiło… Dla oswojenia z miejscem zostawiłam go w ogrodzie z matką, która zdecydowanie skoncentrowała na sobie jego uwagę, a ja rozważałam plan działania na najbliższy czas. Celem, który przed sobą postawiłam, było po pierwsze budzić w nim stopniowo maksymalne zaufanie do mojej osoby, po drugie rozwijać umiejętność skupiania na mnie uwagi. Podstawowym założeniem było niedopuszczanie do sytuacji jakiejkolwiek konfrontacji, czyli musiałam wykonać, co następuje: pochować wszelkie psie miski, garnki z jedzeniem usunąć z psiego zasięgu, wszelkie atrakcje, czyli zabawki, stare kości uprzątnąć z terenu. Podawanie mu jedzenia zaplanowałam tylko z ręki i tylko „za coś”… Kolejna ważna sprawa to zakupić kantarek. Przyznam, ze dezorganizacja rytmu codziennego życia nastąpiła poważna. Reszta psów nie była zachwycona tym, że nowy dostaje jedzenie z ręki i to o innych porach niż one, czemu dawały wyraz gremialnym wyciem. Chłopak na szczęście bez problemu odnalazł się w rytuale tej kolejności karmienia i pogodził się, że jedzenie z misek jest tylko dla reszty towarzystwa. Dzień po dniu ćwiczyłam z nim skupienie na mnie uwagi i reagowanie na swoje imię. Wiedza na temat szkolenia klikerowego okazała się być nieocenioną. Przerabialiśmy z wielką radością dla obydwojga podstawowe komendy: siad, waruj, równaj, podaj przedmiot… Jedzenie było dla niego wielką nagrodą. Po kilku dniach psu wróciła mimika, zachowania i ruchy szczeniaka. Rozluźnił się, poczuł się bezpiecznie. Ale nadal tak starałam się tak organizować codzienne życie, żeby nie było najmniejszego powodu do skarcenia go nawet słowem „fe”. Trudne sytuacje też się zdarzały. Wygrzebał pewnego razu skądś starą kość i zaczął obgryzać przed wejściem do domu. Wiedziałam, że absolutnie nie chcę mu przypominać wyuczonych poprzednio zachowań pilnowania zdobyczy. Na szczęście ćwiczyliśmy wcześniej metodą klikerową podawanie przedmiotu! Mogłam to wykorzystać w tej sytuacji. Chłopak wiedział, że taki „handel wymienny” ze mną może być bardzo opłacalny. I również – na szczęście chyba – zdobycz była mniej ciekawa, niż smakołyki w moim ręku, które czekały na niego po podaniu przedmiotu. Po kilku miesiącach pobytu u mnie mogłam stwierdzić z radością, że bardzo polubił nasze sesje szkoleniowe. A mnie dzięki tym właśnie metodom udało się nawiązać kontakt i zdobyć zaufania psa. Uważam, że nie aż tak ważne jest nauczenie psa konkretnych umiejętności, co wieź, która tworzy się podczas takiej pracy…

Zastanawiałam się nieraz, gdzie popełnione zostały błędy w prowadzeniu psa w jego poprzednim domu i co mogłabym doradzić ludziom, którzy rozpoczynają swoje życie z psem, aby uniknęli tego rodzaju kłopotów. Psy różnią się między sobą potrzebą kontroli zasobów. Ten, u którego jest ona duża, będzie bardzo pilnował zawartości swojej miski. Zazwyczaj człowiek zauważa to dopiero wtedy, gdy pies warczy, a nie dostrzega wcześniejszych sygnałów, które wysyła on swoim ciałem: przerywa jedzenie i zastyga z nosem w misce. Inny pies natychmiast rozpoznał by, o co tu chodzi, ale człowiek zazwyczaj tego nie zauważa, ignoruje, albo błędnie interpretuje. A zatem nie potrafi świadomie zareagować na to zachowanie. Często wręcz wzmacnia je jeszcze, mijając jedzącego psa i odchodząc do własnych spraw (co dla psa jest informacją zwrotną o skuteczności prezentowanych zachowań ostrzegawczych). Człowiek reaguje dopiero na warczenie. Jest ono kolejnym stopniem tego samego sygnału. Najczęstszą reakcją jest wtedy skarcenie go, zabranie miski i oddanie jej po chwili. Jedyne czego pies się w tym momencie uczy, to ze nie można ufać człowiekowi, zwłaszcza, gdy w pobliżu jest jedzenie. Jeden pies poradzi sobie z ta sytuacją wycofując się, a drugi atakując.

Co zatem robić? Przeciwdziałać i nie odpowiadać agresją na agresję. W sytuacji idealnej człowiek zauważa już sygnały optyczne wysyłane przez psa. Obserwując takie zachowanie psa, zatrzymuje się, nie podchodzi, ale wrzuca smaczne kawałki do jego miski – jeśli to możliwe, to jeszcze smaczniejsze niż to co je. Następnie idzie jeszcze krok, dwa, nadal wrzucając smaczne kawałki i odchodzi. I tak podczas kolejnych posiłków w ciągu kilku dni. Pies zaczyna tę sytuację postrzegać: „pańcio/pańcia w pobliżu miski = same przyjemności”.

Na pewno takie postępowanie wymaga od człowieka więcej uwagi i samokontroli, no ale od czasu do czasu możemy się wykazać w postępowaniu z psem, swoim – jak twierdzimy – wyższym intelektem.

autor : Michalina Palarz Prochal
hodowla Z Radockiej Góry
www.radocka.com

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Copy Protected by Tech Tips's CopyProtect Wordpress Blogs.